Stracił wiarę w kluby, znów pokochał granie na żywo

Dominika Sitnicka: Stracił wiarę w kluby, znów pokochał granie na żywo. Kiedy poznaliśmy się kilka lat temu byłeś raczej tak zwanym lokalnym didżejem. W tym czasie twoja kariera nabrała tempa - regularnie wydajesz EP-ki, masz swoje cykle imprezowe, udzielasz się w kolektywach, grywasz w całym kraju, za granicą. Co takiego się wydarzyło?
 
Avtomat: To splot świadomych decyzji i szczęśliwych zbiegów okoliczności. Produkuję muzykę o wiele dłużej niż didżejuję. Zacząłem to robić w wieku 16 lat na takim śmiesznym programie Magix-a, w którym można było korzystać tylko z sampli. Do dziś mam te utwory, bardzo je lubię.
 
DS: 16 lat to wcześnie. Twoi rodzice byli muzykami?
 
A: Moja mama przez większość mojego dzieciństwa prowadziła autorską audycję w radio. Zresztą zakładała największe toruńskie radio...
 
DS: Radio Maryja?
 
A: Haha, przepraszam, drugie największe toruńskie radio. Moi rodzice byli trochę snobami muzycznymi. W Polsce słuchało się w tamtych czasach raczej polskiej muzyki, a oni byli wkręceni w rock progresywny, początki metalu, zagraniczny avant-pop. Jakieś Kate Bush, Tangerine Dream, Pink Floyd, Black Sabbath.
 
DS: Skąd w latach 70-tych i 80-tych w komunistycznej Polsce mieli dostęp do takiej muzyki?
 
A: Dostawali płyty od rodziny i znajomych, którzy mieszkali za granicą, na przykład wyemigrowali do Niemiec. To był ogromny przywilej. Mam zdjęcia i filmy, jak jako czteroletni brzdąc z rozbitym kolanem śpiewam do Michaela Jacksona.
 
DS: A grałeś na instrumentach jako dziecko?
 
A: Tak, na wielu po kolei, ale nie jestem zbyt dobrym instrumentalistą. Do tego trzeba się jednak naprawdę dobrze przyłożyć, to lata praktyki. Ale grałem na gitarze, na klawiszach, na instrumentach perkusyjnych. Skończyło się na basie, grałem nawet na basie i śpiewałem w kilku zespołach.
 
DS: Dlatego teraz grasz muzykę bassową.
 
A: Haha, tak. Ale do dziś słucham dużo muzyki gitarowej, chodzę na koncerty.

DS: A jak brzmiały te twoje nastoletnie produkcje?
 
A: Zupełnie nie znałem się wtedy na gatunkach muzyki, ale robiłem dziwną elektronikę, coś w rodzaju hałaśliwego, ale melodyjnego industrialu. Z dużą ilością sampla, który udało mi się wydobyć z kasety polskiego zespolu numetalowego Aion. To były powolne, doomowe brzmienia, dużo trzasków, prasków, walenia w metalowe przedmioty. I do dziś tak zostało, haha.
 
DS: Innymi słowy wymyśliłeś post-club.
 
A: Haha, moim zdaniem post-club już wtedy istniał. Zawsze się śmieję, kiedy słyszę, że na przykład Amnesia Scanner to pionierzy tego nurtu i puszczam wtedy The Greater Wrong of the Right Skinny Puppy. Rozwalone, ciekawe, eksperymentalne brzmienia, łamiące gatunki są z nami od dawna.
 
DS: A kiedy świadomie zacząłeś się interesować elektroniką, to jakie gatunki cię porwały?
 
A: Droga do muzyki klubowej była nieco pokrętna. Jako dzieciak słuchałem głównie szwedzkiego popu, potem poznałem metal, zespoły w stylu Rammstein, Guano Apes, Korn i od tego powolną drogą doszedłem do industrialu, do Skinny Puppy, Laibach itd. Bardzo wkręciłem w końcu w scenę w stylu Wave Gotik Treffen albo polskiego Castle Party, czyli gotyckie surowe granie i chodziłem w rodzinnym Toruniu do Krzywej Wieży. Tam na ostatnim piętrze, gdzie rzeczywiście był krzywy parkiet, odbywały się imprezy dark electro. Któregoś razu zauważyłem na mieście plakat imprezy o nazwie Electroclash w toruńskim klubie NRD. Myślałem, że to to samo, a w efekcie natknąłem się na swoje pierwsze imprezy z electro, italo disco, jakimiś wczesnymi tech-house'ami. Poznałem wtedy organizatorów tej imprezy, Cattolica i Plastic Dolla i oni po namowach nauczyli mnie grania z płyt i didżejowania.

  • Doolska, by Avtomat

  • Doolska, by Avtomat

DS: Czy wyprowadzka z Torunia i poznanie sceny w dużym mieście było szokiem?
 
A: Pierwszy raz wyjechałem z Torunia na studia do Szkocji, kiedy miałem 20 lat. Różnica była ogromna. W Toruniu był jeden, w porywach dwa kluby, które grywały muzykę elektroniczną, a nie dyskotekową. Jeden to właśnie NRD, a drugi - Pilon - to była typowo squatowa miejscówka, zrobiona w miejskim szalecie, gdzie parkiet był wielkości mojego pokoju. Chodziłem tam często na całonocne drum'n'bassowe imprezy, na których nie schodziłem w ogóle z parkietu.
 
DS: W Toruniu siedziałeś w szafie?
 
A: Tak właściwie do końca liceum, kiedy to zostałem wbrew swojej woli wyoutowany przez nieznajomą osobę.
 
DS: Jak do tego doszło?
 
A: Ten ktoś znalazł mój profil na gejowskim portalu randkowym i rozesłał to po moich rówieśnikach w Toruniu.
 
DS: Było ciężko?
 
A: Było nieprzyjemnie, część osób przestała mi podawać rękę, część nakręcała jakieś zwariowane plotki, na moje urodziny jakaś banda chuliganów chciała zrobić tzw. wjazd. Ale mama i siostra od razu to zaakceptowały, mój tata po pewnym czasie też. Miałem wsparcie od nich i od najbliższych przyjaciół. Pomogła mi też muzyka. Wiem, że to odpowiedz jak z jakiegoś konkursu miss, ale tak dorastałem - w muzykę zawsze przelewałem wszystkie złe emocje i ten mechanizm chyba działa do dziś.
 
DS: Czyli wyprowadzenie się do Szkocji było nie tylko otworzeniem się na muzykę, ale i otworzeniem się w innym świecie?
 
A: Chciałem poznać inne życie. Pomimo tej przeprowadzki do bardziej tolerancyjnego państwa i tak przez pierwszy rok studiów nikomu nie mówiłem, że jestem gejem.

DS: Ale mogłeś przeprowadzić się do Warszawy, a jednak wybrałeś Szkocję.
 
A: Jestem stary. Jak wyjeżdżałem na studia w 2006 to w dużych miastach w Polsce też nie było różowo. Nawet Parady Równości były blokowane przez prezydentów miast.

DS: To jest jednak straszne, że minęło 15 lat, a jesteśmy w tym samym punkcie. W Warszawie przechodzi 100 tysięczna parada w czerwcu, a nadal osoby LGBTQI+ nie mają żadnych praw, za to jest ostra nagonka władz.
 
A: Jesteśmy chyba nawet w gorszym miejscu. W 2006 wydawało się, że wszystko idzie ku lepszemu. Teraz mam wrażenie, że się zapadamy.
 
DS: Mówisz to jako osoba LGBTQI+, czy chodzi Ci o bardziej ogólne warunki?
 
A: Jesteśmy w rękach ludzi bezwzględnych, którzy dla władzy cynicznie topią kraj w nienawiści, religijnym fanatyzmie. Jak kończyłem liceum, to myśląc o zostaniu w Polsce widziałem światełko w tunelu. Czułem zmieniające się podejście społeczne do inności. To był czas otwierania się na zachód. A teraz z jednej strony widzę, że młodzi ludzie są o wiele bardziej doinformowani, bo mają dostęp do wiedzy w kieszeni, w telefonie. Ale z drugiej strony osoby u władzy dociskają propagandowo tych, którzy nie mają w sobie tyle samozaparcia, czy przywileju wychowywania się w bardziej progresywnym środowisku.
 
DS: Nie masz wrażenia, że ta homofobia 15-20 lat temu wynikała z niewiedzy, tabuizacji, za to ta współczesna homofobia jest świadomie sterowana z ideologiczną podbudową, jest bardziej zapalczywa?
 
A: Oczywiście, homofobia jest wykorzystywana instrumentalnie.
 
DS: Myślisz o emigracji?
 
A: Od kilku lat powtarzałem twardo w wywiadach, że nie, bo to jest mój kraj i ktoś tu musi zostać, upewnić się, że będzie lepiej. Ale już nie jestem tego pewien.
 
DS: Co się zmieniło?
 
A: Przybyło mi lat, a w moim życiu wydarzyło się trochę złych rzeczy. Zmęczyłem się. Mam na głowie ciągnięcie kariery, muzyka - freelancera w trudnej sytuacji, prowadzenie zdrowego życia osobistego. Szarpanie się przy tym jeszcze z polityką jest masakryczne.
 
DS: A pandemia się do tego przyczyniła? Utrzymujesz się z muzyki?
 
A: Tak. Z grania, z produkcji, z licencjonowania utworów do filmów, na wystawy, robię muzykę dla teatrów. I przede wszystkim uczę didżejowania.
 
DS: To jak na polskie warunki dobra sytuacja. Mało kto zajmujący się muzyką w Polsce jest w stanie się z tego utrzymać.
 
A: Tak, to olbrzymi przywilej, ale pracowałem na niego kilkanaście lat, do niedawna musiałem się utrzymywać jednak z projektowania graficznego. Jestem z tego powodu dumny, szczególnie, że to była świadoma decyzja. Postawiłem wszystko na jedną kartę i powiedziałem sobie, że albo zrobię to porządnie, albo się wycofuję.
Ale to chodzenie po linie. I przymus pracowania non stop - to remiks, to PR, to ogarnąć socjale, zrobić grafiki, ogarnąć maile, to transporty na jakiś gig. Z kolektywem Ciężki Brokat staram się tworzyć bezpiecznie przestrzenie klubowe dla queerów. To wszystko zajmuje czas. Od rana do nocy potrafię załatwiać to wszystko wisząc na telefonie, mailach, messendżerze, nie wstaję od pracy o 17:00. Przy takim trybie pracy łatwo spaść z rowerka. Prawie to się stało na początku tego roku.
 
DS: A co się stało?
 
A: Miałem poważne kłopoty zdrowotne. Posypało mi się w życiu zawodowym. Z dwóch ważnych inicjatyw musiałem zrezygnować z powodu pandemicznego call outu.
 
DS: Będziesz musiał to wyjaśnić, co to jest ten »pandemiczny call out.«
 
A: Ok. W Polsce wiele osób związanych ze sceną klubową robiło nielegalne imprezy w czasie lockdownów, najgorszych, śmiertelnych fal covida, gdy szczepionki nie były jeszcze dostępne albo gdy akcja szczepień dopiero ruszała. Obserwowałem to zjawisko, aż w końcu w marcu 2021 opublikowałem na swoim prywatnym koncie na Facebooku post ze skrinami z lajnapami tych wszystkich imprez.
 
DS: I co się stało?
 
A: Zostałem pariasem sceny klubowej. Odwróciła się ode mnie ogromna część środowiska.
 
DS: Żałujesz?
 
A: Musiałem to zrobić. Nie mogłem obok tego przejść obojętnie. Wydawało mi się, że to będzie jakiś punkt wyjścia dla środowiska klubowego, jakiejś dyskusji nad tym, czy takie praktyki są etyczne. Dziś mam do tego trochę bardziej zniuansowany stosunek. Rozumiem, że nielegalne imprezy były dla części z tych ludzi kwestią finansowego przetrwania. Ale nie mogłem znieść, że ludzie uparli się, że muszą imprezować, podczas gdy służba zdrowia nie wyrabia, lekarze urobieni po łokcie padają jak muchy. I że reakcja na krytykę tego zjawiska była tak agresywna. Dostawałem pogróżki. Cała ta sytuacja bardzo otworzyła mi oczy na prawdziwe pobudki wielu osób z tego środowiska.

DS: Masz gdzieś wilczy bilet na granie?
 
A: Tak, chyba do większości klubów w Polsce.
 
DS: To gdzie teraz grasz?
 
A: Trochę wróciłem do korzeni. Grywam na wydarzeniach związanych ze sztuką albo w klubach które wyrosły z takiej tradycji jak ja - squatowej, antyfaszystowskiej.
 
DS: Po tym calloucie rozczarowałeś się klubami?
 
A: Skończyła się moja naiwność. Wcześniej brałem w tym udział nie do końca zdając sobie sprawy z tego, co się stało z clubbingiem. Ja myślałem, że chodzi o muzykę, bycie razem, zabawę, może nawet ważniejsze wartości, a to jest teraz po prostu olbrzymi biznes. Ja chyba już nie chcę brać w tym udziału na takich zasadach.
 
DS: Ale przecież teraz tyle klubów mówi głośno o wartościach. Że są przeciwko rasizmowi, homofobii. W niektórych klubach zbierane były nawet podpisy za legalną aborcją.
 
A: Nigdy nie wiesz, czy w przypadku dużych klubów to nie są działania CSR-owe. Na byciu woke też się przecież zarabia. Targetem klubów nie są emerytki słuchające Radia Maryja. Możesz się pozycjonować jako odpowiedzialny biznes, a ciąć koszty zatrudnienia, czy zamawiać nieekologiczne produkty. PR klubu, jego image i to, jak faktycznie operuje, jest często czymś rozłącznym, nawet sprzecznym.
 
DS: No dobrze, mówisz, że masz coraz mniej nadziei dla tego kraju. A tymczasem dokonał się tu duży społeczny zryw w związku z pomocą uchodźcom z Ukrainy. Po raz pierwszy od dawna słychać w tzw. progresywnej bańce, że możemy mieć jakieś powody do dumy.
 
A: Ale uchodźcom pomagają ludzie, nie państwo. Jednostki.
 
DS: Jacy ludzie?
 
A: Tacy, którzy mają już dosyć wmawiania, że jestesmy otoczeni wrogami. Że chcą zjeść nasz obiad, zabrać nasze miejsca pracy i porwać "nasze kobiety", są jakimś zagrożeniem.
 
DS: Prawica mówiła: a gdzie są te wszystkie feministki i elgiebety, które się awanturowały i mówili, że Polacy są straszni i prześladują. Proszę, zobaczcie, jacy jesteśmy dobrzy.
 
A: Ale to właśnie te osoby pomagają. Cała ta oddolna pomoc organizowana jest przez osoby, które działały społecznie, miały know-how. Działały już wcześniej na rzecz uchodźców albo innych osób wykluczonych. Sieć kontaktów organizacji kobiecych i LGBTQI+ też tu odegrała rolę. Ale hipokryzja prawicy to temat rzeka, nie ma co w tym brodzić.

Z innych pozytywnych zjawisk - scena klubowa nagle się obudziła, że w Polsce jest też ukraińska scena. Nagle odkryto, że mieszka tu dużo didżejek i didżejów z Europy Wschodniej.
 
DS: Mówisz trochę z przekąsem.
 
A: Niezamierzenie. Naprawdę się cieszę, że to się dzieje. Utalentowani ludzie, którzy wcześniej grali na małych imprezkach, teraz mają szansę się rozwinąć.
 
DS: Kogo byś wymienił?
 
A: Bijū, Ceremonial Rites, Anka Borsuk. Vlad Blyzniuk. Albo moje najnowsze odkrycie, Lofi, którego sam uczyłem DJki. Mam wrażenie, że to była - wybacz, że nie mam lepszego słowa - okazja do zauważenia wreszcie tego, co przechodziło nam koło nosa. Widzieliśmy Ukraińców w uberze albo za ladą w sklepie. Teraz wreszcie zaczynamy rozumieć, że współtworzą naszą kulturę.

Scena elektroniczna jest gatekeepowana, dostęp na nią jest trudny. Do niedawna rządzili tu biali cis hetero faceci. Kolejne grupy po kolei przebijają ten sufit. Najpierw kobiety, potem queery, teraz przyszła kolej na Ukraińców.
 
DS: A jak widzisz przyszłość relacji polsko-ukraińskich w kraju? Duża część z tych milionów migrujących jednak tu zostanie.
 
A: Poradzimy sobie. Problemem będą oczywiście mieszkania, bo tych brakowało już zanim wybuchła wojna, ale jeśli chodzi ogólnie o nastawienie Polaków to jestem optymistą. Ukraińcy mają to szczęście, że w przeciwieństwie do niebiałych uchodźców, czy do osób LGBTQI+, nie są obiektem kampanii nienawiści. Przeciwnie. Wsparcie ich rząd uważa za polską rację stanu.
Mam wrażenie, że nie doceniamy polskiego społeczeństwa.
 
DS: Tego społeczeństwa, które biło gejów w Białymstoku?
 
A: Łatwo wpaść w taki schemat, zwłaszcza z perspektywy zachodniej europy. Ale to nieprawda. Przeciętny Polak ma gdzieś, czy ktoś się złapie za rękę na ulicy. To co widzieliśmy w Białymstoku to są ekstremalne przypadki, ale to nie całe społeczeństwo.
 
DS: Czyli co - konserwatyści w USA mówili o tzw. milczącej większości, a my w Polsce mamy »krzycząca mniejszość?«
 
A: Tak myślę.
 
DS: Obyś miał rację! A czy oprócz odkrywania sceny ukraińskiej masz jakieś nowe muzyczne zajawki? Co uważasz za nową jakość, coś świeżego na scenie?
 
A: Ostatnie duże wydarzenie dla mnie to była scena deconstructed club. Ta wolność, brak kodyfikacji, żadnych zasad. Każdy szukał po omacku. Jeden trafiał w żyłę złota, inny w żyłę gówna. Eksperymenty z rytmem, teksturą, brzmieniem.

DS: I ta formuła się wyczerpała?
 
A: Została przejęta przez mainstream. Artystki, które do niedawna działały w undergroundzie zaczęły grać za grube pieniądze, reklamują marki odzieżowe, są na okładkach magazynów. Z tego należy się cieszyć, bo to docenienie. Do tego to osoby niosą ze sobą wartości z undergroundu - np. walkę z dyskryminacją. Ale historia zatoczyła koło. Scena, która zrodziła się z potrzeby odrzucenia schematów, zaczęła w nie wpadać. Nagle wszędzie masz te same sample, jersey-clubowe perkusje, ballroomowe crashe i speed-rap na wokalu (sam jestem winien kilku z tych elementów). Podobnie stało się z hyper popem, bubblegum bassem - to była postironiczna, nawet pastiszowa muzyka, a stała się tym, co wyśmiewała.
 
DS: Czyli co, wyrosłeś z 2 rzeczy, które były dla ciebie najbardziej inspirujące w ostatnich latach? I co teraz?
 
A: Teraz jestem w kropce. Widzę revival electro, drum'n'bassu, jungle, czyli gatunków na których się wychowałem. Ale nie myślę teraz gatunkami, tylko raczej sposobem wyrazu. Chciałbym zrobić większy nacisk na produkcję i granie lajwów. Zanim dołączyłem do Oramics miałem ogromną blokadę, zwątpiłem w swoje możliwości produkcyjne, wokalne. Powoli z tego wychodzę. Chcę teraz przenieść punkt ciężkości. Łatwiej teraz o buking didżejski, bo ta scena jest rozbuchana. Ale chcę lajwów. Nie wstydzę się już śpiewać i granie na żywo może być dla mnie ratunkiem w tym rozczarowaniu sceną didżejską.
 
DS: A kiedy robisz muzykę, to co cię najbardziej inspiruje?
 
A: Staram się nie wpadać w koleiny producenckie, w jeden gatunek. Zastanawiałem się, co sprawia, że uważam producentów za geniuszy. I to są zawsze osoby, które latają od gatunku do gatunku, nie trzymają się kurczowo jednej stylistyki. Ostatnio dużo słucham metalu, djentu, industrialu. Myślę, że trochę słychać w moich produkcjach te inspiracje. W co drugim moim kawałku jest sampel ze starego numetalu. Na każdej EPce coś staram się schować. Na »Gusła (Human Rites)« jest Guano Apes, w »Nieludzie (Ignorance Ha)« Korn, w »Stop Bzdurom (The Bad Gays)« Deftones, a w »Szeptucha (Hex Therapy)« sampel z Sui Generis Umbra, polskiego black metalowo-ambientowego projektu, w którym growlowała kobieta.

  • Lamenty, by Avtomat

  • Lamenty, by Avtomat

DS: W twoich produkcjach jest coś co nazwałabym... publicystycznym zacięciem. Twoja ostatnia EP-ka Lamenty, czy fundraisingowa składanka Cut The Wire inspirowane były uchodźcami. Gusła (Human Rites) odnosiły się do ataków na osoby LGBTQI+, a Doolska mówi o zamkniętej polskiej mentalności. To jest tak, że inspirują cię wydarzenia polityczne i społeczne i wtedy zaczynasz komponować, czy raczej najpierw tworzysz, a potem dorzucasz do tego tytuły, żeby zwrócić na coś uwagę?
 
A: Działałem i w jedną i drugą stronę. Lamenty były komponowane głównie ze smutku. Ale czasami rzeczywiście robię klubowy kawałek, do tańca i dopiero zastanawiam się, z czym on mi się kojarzy. A mój mózg niestety cały czas orbituje wokół tych spraw politycznych, więc taki jest tego efekt. Może jak się sprawy uspokoją albo wyprowadzę się do jakiegoś normalniejszego kraju, to się zmieni i zacznę pisać piosenki o miłości i podlewaniu kwiatków.
 
DS: Kojarzę tylko jeden twój kawałek, który jest rzeczywiście radosny i radośnie opakowany. To »Dzwoni Doopsko« [w wolnym tłumaczeniu - »Ass is ringing«].
 
A: Ten kawałek powstał w 1,5 dnia. Miałem deadline od wydawcy, zostały mi trzy dni i brakowało mi jednego utworu. Po prostu się zamknąłem, wyłączyłem wszystkie powiadomienia w telefonie i nagrałem coś, przy czym by mi się dobrze tańczyło.
 
DS: A skąd jest motyw przewodni?
 
A: To sampel. Dzwon Tuba Dei z największego toruńskiego kościoła. Taki inside joke. Bo Rydzyk [niesławny skrajnie prawicowy duchowny działający w Toruniu - przyp].
 
DS: No dobra, ale co ma Rydzyk wspólnego z dupskiem?
 
A: Hahah. Nic. To nie jest polityczny kawałek. "Dzwoni doopsko" jest celebracją pięknego tyłka mojego partnera życiowego. Kiedy Kuba przychodzi na moje imprezy, to wiem, że nie robi tego z poczucia obowiązku. Widzę, że się świetnie bawi, a jego dupsko dosłownie dzwoni.